21:36

Decha


Widząc, jakie poruszenie na facebook’u wywołało moje zdjęcie nad dechą dyplomową, muszę chyba opowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Oto sporne zdjęcie:
No, może sporne to niewłaściwe określenie, bardziej “lubiane”, tu pasuje.
Zdjęcie to przedstawia mnie nad drugą połową pracy dyplomowej, nad częścią snycerską. Do uzyskania tytułu Instruktora Rzemiosła Artystycznego potrzeba wykazać się dwoma dużymi rzemieślniczymi pracami i pracą pisemną teoretyczną. Pisemna jest paskudna i nie mam ochoty o niej opowiadać. Praktyczną z haftu prezentuję tu na bieżąco, drugą (ambitnie) robię w drewnie.
A drewno to dłuższa historia. Ogólnie, to ja się takimi “męskimi” rzeczami niechętnie zajmuję. Ale z rzeźbą wyszło inaczej. Przez pierwszy semestr było fajowo- modelowaliśmy w glinie, wszystko było do naprawienia, doklejenia, błotko, zabawa i ogólnie szał. A potem mieliśmy się zabrać za rzecz trudniejszą, to jest zabawę w drewnie, gdzie jak już się raz ujmie, to, że tak powiem, kaplica.
Co oczywiste, na początek był wykład, bhp, ostrożnie dzieci z tymi ostrzami, z wiertarką też raczej trzeba na spokojnie itd. Podczas tego wykładu padło jedno zdanie, które przesądziło sprawę. “Czeladnika z rzeźby to tu mało kto robi, tu przecież same dziewczyny prawie są.” Rękawica rzucona, prawie, w twarz! No to nie ma zmiłuj, ostrzymy dłuta i lecimy. Dwie się tak zmotywowałyśmy, obie teraz w drewnie dyplomy dłubiemy. Mistrz tak na początku patrzył z politowaniem, jeszcze sobie dziewczynki odcisków nie porobiły, przejdzie im. Na kolejnym zjeździe patrzył z niedowierzaniem. Na trzecim z przepaści szafki z narzędziami wyłowił hebel z różową rączką ;) . I poleciało, bo motywacja na początek dała nam to, że naumiałyśmy się dobrze szykować sobie narzędzia, oglądać fakturę tych dech itd, a potem to już była zabawa kreatywna, więc nic nam obcego.
No i dyplom.  Wymyśliłam sobie, że wezmę coś zupełnie płaskiego, obraz, grafikę czy inne cuś, zrobię z tego formę bardziej trójwymiarową- płaskorzeźbę. Wybrałam sobie drzeworyt Skoczylasa “Zima w Kazimierzu”. Tak to wygląda:
 
Wyzwaniem są tu te przefajne układy płaszczyzn dachów, ale o to chodziło- chcę się naumieć wydobywania takich rzeczy. Format- A2. No i lecę. Ręce sobie prawie zamordowałam wybierając 3cm w głąb dechy w miejscu najdalszego planu. To dziwnie coś, co mam na dłoni na pierwszym zdjęciu, to domowej roboty ochraniacz na śródręcze- kilka płatków kosmetycznych przymocowanych taśmą izolacyjną. Brzmi dziwnie, ale działało. Drugiego dnia pracy było konieczne, by pracować. Dłuto, pracując bez pobijaka, prowadzę lewą dłonią na ostrzu, a popycham śródręczem prawej dłoni. Po paru godzinach boli jak cholera. Ale ochraniacz spełnił swoje zadanie.
Po jakiś 35-40 godzinach pracy decha wygląda o tak. Tzn, wygląda lepiej, jak się ją widzi w naturze, albo na lepszym zdjęciu- z braku sprzętu fotka jest z komórki, więc dużo psuje. Tak czy inaczej, jak patrzę, rosnę (w górę całe szczęście).
 
Oczywiście, duży fragment ma nadal tylko szkic powybierany dłutem kątowym, ale na wszystko będzie czas. Faktur jeszcze też nie ma. Będą, spokojnie. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 2 prawe ręce i co z nimi dalej , Blogger