12:56

Kamea

Kamea
Zachciało mi się powrotu do moich dobrych gotyckich czasów... był taki fajny czas, że zwykłe swoje powiewne i ogromniaste ciuchy nosiłam wyłącznie w czerni, a głównym biżuteryjnym okrasem tego image był cały arsenał różnych kamei, oczywiście oprawionych w dużo ciężkiego srebra... Chyba natchnęło mnie tak  nostalgicznie dzięki wycieczce przez stare płyty, z muzyką odpowiednią do tamtego image ;)
Uszyłam więc sobie naszyjnik sutaszowy z kameą, ciut bardziej dostosowany do cieplejszych barw, które wprowadziłam do ubioru.



15:28

Szal ażurowy

Szal ażurowy
W ramach doskonalenia umiejętności drutowych zrobiłam dla siebie prosty ażurowy szal. Wzór jest z zeszłorocznego numeru The Knitter, wełna recyklingowa- ze sprutego lumpeksowego swetra. 




22:44

Walki z krochmalem

Walki z krochmalem
Był kiedyś taki serial dokumentalny "ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym". O laskach, które się różnymi  walkami w kisielu czy innym makaronie parały, ludziach, którzy je do tego werbowali itd. Lekko obrzydliwa sprawa. Nie dałam rady obejrzeć więcej niż odcinek, ale pamiętam, że w gimnazjum był to serial mocno dyskutowany...durny czas, może to dobrze, że tak dawno miniony (to z kolei taka refleksja urodzinowa).
Nowela (nie)obyczajowa stawała mi przed oczami dość regularnie przez cały zeszły tydzień, kiedy to zajmowałam się seryjną niemalże produkcją szydełkowych kołnierzyków oraz ich krochmaleniem. Krochmal to jedna z tych rzeczy, których bardzo nie lubię- według mnie wszystko co z nici, wełny czy podobnego materiału powinno być miękkie i przyjemne w dotyku. A takie usztywnione krochmalem na miękkości traci. Dlatego zaraz walki w krochmalu. Kołnierzyki jednak nie krochmalone nie układają się jak należy...musiałam więc powalczyć nieco ze swoimi uprzedzeniami. Może przemogę cię również co do drutów na żyłce i frywolitki igłowej?
Ale z uwag różnych...taka zabawa w krochmalenie i naciąganie kołnierzyków też może być pewnymi sensownymi wnioskami okraszona. Pozwolę sobie na demonstrację paru takich prac i komentarz nad ich "obróbką".

Kołnierzyk o bardzo typowym kształcie, jednak przy napinaniu i układaniu z grupy "średnio trudny". Te półokrągłości dość ciężko przyszpilkować do czegokolwiek tak, żeby zachowały półokrągłość, a nie stały się półjajami, półtrapezami, czy, w najgorszej wersji- trójkątami.

Kołnierzyk btw wspaniale retro wyszedł z tego ecru kordonka, który nadaje wygląd jak z dna babcinej szafy... lekko oszukane vintage ;)



Takie z kolei zębate modele naciąga się łatwiej- trójkąty aż się proszą ;)




A to jest absolutny przebój "naciągacza"- wzór, który nie tylko daje się naciągać po okręgu, ale i ma elementy trójkąto podobne- po jednej szpilce w każdy wierzchołek i efekt jest zadowalający ;)




I wariacja na temat "przeboju naciągacza"- z ozdobnym brzeżkiem ;)


15:58

Wróciłam!

Wróciłam!
Ja wiem, że to może się wydawać bardzo krótką przerwą, ale właśnie po prawie 10 dniach wracam do aktywności blogowej. Naprawdę, niby nic, a zatęskniłam.
Ponad tydzień temu nastąpił bunt maszyn- aparat uznał, że samą moją miłością żyć nie będzie i zażądał prądu. Dłuższe poszukiwania wykazały brak ładowarki. Zrobiło się dramatycznie, ceny takich akcesoriów w salonach położyły mnie na łopatki... całe szczęście, już po kryzysie. Buntownika nakarmiłam, to, że pomilczałam troszkę sprawiło, że teraz będę miała do pokazywania masę różności... (tu następuje teatralny, złowieszczy chichot).
Na pierwszy ogień- torby zdobione decoupage na tkaninie. Ostatnio takie inspirujące warsztaty tej techniki miałam, że potem jakoś ciężko mi było w domu przystopować. Tak powstały 4 torby.  



Z tą zieloną, z paryskim motywikiem, wiąże się moja najnowsza krucjata- precz z serwetkami, które puszczają kolory! Jaśniejszy cień dookoła obrazka to tło, które chciało być większe. Więc będę musiała zacisnąć zęby i nosić paryski motywik sama. Straszne to będzie poświęcenie, prawie jak utylizacja nadmiaru ciasta po imieninach czy coś w ten deseń ;). Lojalnie przestrzegam- ta serwetka jest śliczna, ale tylko na jasne torby. Chyba, że komuś się taki cień podoba.
Reszta leci do Manufaktury jak tylko przestanie mnie przerażać śnieg za oknem- zostałam robótkowym cieplajem. Ja, moje szydełko, druty, klocki czy cokolwiek innego, audiobook, wielka herbata z ogromnego kubeczka od Dziewczyn z Ruchomej, obowiązkowy kocyczek....i z domu to tylko na warsztaty wypełzam! Jeszcze ciepły okład z kota by się przydał...

13:40

Merida Waleczna

Merida Waleczna
Przyznam się oto do słabości. Strasznej, wstydliwej, że aż strach. Oszalałam na punkcie bajki. Na dodatek, bajki Disneya... ja wiem, Disney się skończył gdzieś tak....krótko po premierze przedwojennej Królewny Śnieżki? Tak na trzeźwy rozumek, to ja to wiem. Tylko mi się tak Merida podoba! Moim ulubionym bohaterem jest duży tatuś Meridy.

Oczywiście, moja fascynacja bajką, której akcja rozgrywa się dawno dawno temu w Szkocji, przyciągnęła mnie w kierunku, parę lat temu przywiezionej z Galway, książki "Celtic Knots". Takich różnych knotsów w bajce występuje wiele. No i mam- naszyjnik celtycki według splotu z książki, bajką inspirowany :)




Takie naszyjniki będziemy robić na warsztatach pod koniec lutego. Może powinnam zadać przed warsztatowo bajkę do obejrzenia? Jako inspiracja wymiata :) Może nawet zrobimy jeszcze kolejny model, jak nam czasu starczy....ale na pewno będziemy pracować na sznurkach o okrągłym przekroju. Układanie ładnie tego płaskiego rzemienia może się kwalifikować nawet pod znęcanie się nad uczestniczkami...nie jest fajne. W trakcie pracy. Ale efekt nie najgorszy :)
Więcej o warsztatach na stronie Ruchomej Pracowni, na pasku z boku.

10:30

Mitenki dla Zimnorękiego

Mitenki dla Zimnorękiego
Moje ostatnie drutowe wyczyny nabierają wymiaru praktycznego- mój osobisty Zimnoręki, przesiadujący przed kompem godzinami, z uchylonym oknem przy boku, dostał wełniane mitenki. Dla odzimnoręczenia. 
Mitenki są zrobione lekko ozdobnym ściegiem w kreseczki (4 rzędy po 5 oczek lewych, jedno prawe, potem z prawym oczkiem na kolejne 4 rzędy przenoszę się nad trzecie lewe), na drutach pończoszniczych. Wełenka to jakaś resztka, ok 50% wełny- trochę marudzi, że drapią. Niestety mocno marudny się robi kiedy przychodzi do pozowania, więc zdjęcia takie sobie. 



14:14

O Bobowskim jeżu

O Bobowskim jeżu
Wróciłam z rękodzielniczych wojaży już w niedzielę, rzuciłam się jednak w wir różnych, odstawionych na bok dla tego wyjazdu, obowiązków i dopiero dziś ogarnęłam się na tyle, że jestem w stanie opisać jakieś sensowne wnioski z przygód klockowych.
Że te wnioski będą pozytywne, to już wiedziałam wracając. Koronka klockowa okazała się techniką niełatwą i raczej wymagającą, ale przyjazną. Nie da się ukryć, utarło nam nosy- pojechałyśmy do Bobowej we trzy instruktorki, cwaniary, założywszy, że 5 godzin dziennie nad klockami to w sumie tak akurat, żeby wieczorami jeszcze jakieś wzajemne dokształcanie uskuteczniać. Naiwne. Jeszcze przez pierwsze dwa dni było fajnie, fajne komplety hulały w najlepsze. A potem? Jak przyszło już do rzeczy bardziej skomplikowanych, to po zajęciach byłyśmy w stanie ewentualnie dociągnąć tę koronkę do kolejnego kryzysowego miejsca i tyle. Z mózgu kaszka. Ratowała nas bogata kolekcja kryminałów na półkach naszych pokoików- najambitniejsze, co byłyśmy w stanie robić, to odświeżać znajomość z Herculesem Poirot. Nie, żebyśmy bardzo cierpiały z tego powodu, ale jednak. Co ciekawe, teraz widzę, że tam odpoczęłam. Na swój sposób aktywnie ;). Podoba mi się ta zabawa, zdecydowanie, kiedy tylko wylezę z zaległości narobionych wyjazdem będę się w klocki bawić dalej. Zdecydowanie jest to bardziej kreatywne niż super trudne sudoku ;)

W kwestii nauki, to muszę się tu zaprodukować z peanem na cześć Ewy, naszej gospodyni i nauczycielki. To, że nas nauczyła, to widać po zdjęciach prac. Że wzbudza sympatię, wniosek z samego faktu, że ten pean piszę. A jeszcze jest parę pozytywów do wymienienia ;). Primo, atmosfera jej domu jest bardzo fajna, ciepła, przyjazna, zero wrażenia obcości. Secundo, osoba gospodyni. Ewa jest osobą, która wspaniale łączy przywiązanie do tradycji koronki Bobowskiej z wiedzą o koronczarstwie w całej Europie, bywa na co większych festiwalach i kongresach. Bardzo ciekawie opowiada o niuansach technik z różnych regionów, różnorodności narzędzi itd. To podejście do lokalnej tradycji w jej wykonaniu jest szczególnie fajne (tak sobie to opisuję, bo oglądałam z boku, w Bobowej się wieloparkowych nie robi prawie). Dziewczyny robiły serwetkę (była na fotce), z tutejszego wzoru. Wzór, jak to wzór będący siątą kopią odbijaną przez kalkę, nie jest równy. Bo nigdy nie był, tu dziewczyny na takich pracowały. Potem sobie możecie swoje wyrównać, teraz zróbcie taki, jak ten ichni. A dlaczego tu nie ma oznaczonych miejsc na wbicie szpilek (a wzory bywają rozrysowywane za pomocą samych kropek na szpilki)? Bo my tu miałyśmy biedę, ciężko było o nici, to każda robiła z jakich miała, a rozstaw szpilek dopasowywała do grubości materiału. I tak dalej... a nagle my też jesteśmy częścią szeregu pokoleń koronczarek. I wprowadzono nas do niego bez żadnego nacisku, delikatnie. Fantastycznie. Bardzo polecam ;)
Inna sprawa, że te regionalne utrudnienia wymuszają szybszą naukę techniki, tak na moje oko.

Zmęczywszy trochę swoimi zwierzeniami, czas na opus może jeszcze nie magnum, ale napawający mnie dumą- kawałek koronki na 27 par klocków. Pajęczynka wyszła. Słynny endemit- Jeż Bobowski Wieloszpilczasty, gatunek, który coraz bardziej przyjazny się robi w miarę chodowli.







Copyright © 2016 2 prawe ręce i co z nimi dalej , Blogger