18:01

Sol jesienny

Sol jesienny
Ta włóczka rozłożyła mnie na łopatki. Sol Degrade, "szwajcarskie cudeńko". Gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy wprost nie mogłam się odkleić od śliczniutkiej paczuszki z kolorem 070. Potem przyszła chwila opanowania... nie teraz, mam co dziergać, najpierw skończę inne projekty... byłam dzielna do momentu, kiedy wpadłyśmy do sklepu we dwie z mamą. Kiedy pomacałyśmy moteczki ponownie już nie mogłam ich zostawić samych. Jak w "Małym Księciu"- kiedy już coś oswoisz, nie możesz go zostawić samego, bo sobie nie poradzi. Nie wiem, czy motki czułyby się bezradne beze mnie, ja bez nich owszem. 
Dziergało się to piorunem- mając smętne 2-3 godziny dziennie na robótkę wyprodukowałam bluzkę w dwa tygodnie. Motków przygarnęłam niecałe 5, druty chwyciłam 5 (albo 6, teraz nie pomnę, w każdym razie grubasy). Uwielbiam mój bawełniany sweterek. Przy całej niechęci do letnich włóczek. Może dlatego, że dziergany po mojemu- ścisło, wyszedł przyjemnie mięsisty i całkiem jesienny.




19:31

Przygody dziewiarskie

Przygody dziewiarskie
Tydzień temu przypadł mi nie lada zaszczyt - zostałam z ramienia E-dziewiarki poproszona o animowanie wydarzenia w CK Krzywy Komin. Zadanie było pozornie łatwe - miałam poprowadzić akcję dziergania chusty, która ustanowi nowy rekord Guinnessa - taki w zbiorowym dzierganiu folkowej chusty. 
Realizacja, kiedy już zabrałam się za kombinowanie scenariusza, okazała się troszkę bardziej wymagająca. No bo, jak duża grupa ma razem dziergać chustę? Jak pogodzić różne sposoby pracy, różnicę w ściegu wynikającą z wielu różnych rąk, jak zamknąć całe wydarzenie w 5 godzinach? Chusta musi być z elementów. Jakich elementów? Prostych koniecznie, żeby się szybko dziergało. No to lecimy tzw. babcine kwadraty. Jak pogodzić to, że jedna robi ściślej, druga luźniej? Łączyć tylko narożniki. Jak dobrać materiał, żeby i fankom grubaśnych splotów i koronkowych cieniasków do gustu przypadło? Zaproponować miękką bawełnę średniej grubości, tak, żeby na szydełku 3 mm dobrze się dziergało. A ja będę łączyła! 
Efekt przerósł moje oczekiwania. Zgłosiło się 26 chętnych pań, niektóre nawet z przećwiczonym wzorem i własnymi ulubionymi szydełkami, żeby w dłoni dobrze leżały. Tempo pracy było takie, że gdyby nie ochotniczka łącząca razem ze mną, nigdy bym za paniami nie nadążyła. Mierzyłyśmy przyrost co godzinę.
Zgadnijcie, ile nadziergałyśmy? Ta chusta ma boki 184/184/225 cm! Ustanawiałyśmy rekord w nowej kategorii, akcja miała więc gwarantowany sukces, ale aż takiego giganta się nie spodziewałam. 
Patrzcie i podziwiajcie, co może dokonać zgrana ekipa dziewiarska, kiedy się zmówi do wspólnej pracy! Wszystkim paniom, które dziergały, kibicowały, czy też tylko nas wspierały moralnie, bardzo dziękuję. Wspaniale się z Wami bawiłam.
Gotowa chusta niedługo zawiśnie w sklepie E-dziewiarki na pl. Staszica we Wrocławiu. Wszystkie zdjęcia pożyczyłam z E-dziewiarka.pl.









10:35

Aldina, czyli o wstąpieniu do drużyny Robin Hooda

Aldina, czyli o wstąpieniu do drużyny Robin Hooda
Ta dzianina naczekała się na pokazanie światu. Parę miesięcy temu dostałam prezent, który niepomiernie mnie uszczęśliwił- 3 książki z wzorami Louisy Harding. Oszalałam. Zdjęcia w tych książkach są genialne- stylizacje trochę jak z mojej ukochanej literatury fantastycznej, genialne rzeczy porobione na głowach modelek, las na zdjęciach taki, że nic tylko wsiadać na jednorożca i wozić się...no i te dzianiny, idealnie wpasowane w ten styl. Odkrywszy, że mam w swoich zapasach 10 motków Grace tego samego producenta, zabrałam się do tworzenia "wdzianka dla członkini drużyny Robin Hooda" (albo "wesołej kompanii" tegoż?Pewnie co przekład, to inna nazwa). 


Wzór to Aldina z książki "Oriele". Robiąc z włóczki nieco grubszej, niż zalecana przez projektanta, zabrałam się za rozmiar XS (bardzo nie mój), i, jak widać, wymierzyłam całkiem trafnie. Poszło mi 9 motków Grace na tunikę i kołnierz. Na jakich drutach to robiłam....zabijcie, nie pamiętam. Wzór przypasował mi bardzo, czego niestety nie mogę powiedzieć o włóczce. Ja rozumiem, na etykiecie jest uczciwie napisane, że to jest "precious fiber"- jedwab pół na pół z wełną merino, oraz, że to będzie wspaniale delikatne, ale litości! Precious nie precious, to chyba lekkie przegięcie, kiedy jeszcze nie zdążyłam dokończyć fragmentu (a wyjątkowo robiłam bez przerw na inne robótki), a nitka zwisająca w miejscu nabrania oczek wyglądała jak wiekowe swetrzysko po czterdziestym praniu!! Ok, to jest delikatny skład, ale żeby jeszcze w trakcie pracy się niszczyło? No i rekord świata- 9 supełków w jednym motku. To rekord, ale pozostałe nie miały dużo mniej. Wniosek jest jeden- trzeba sobie taką tuniczkę oddelegować na specjalne okazje, radośnie korzystać z wzorów, bo są wspaniałe, ale i starannie dobierać do nich inne włóczki. Może ekipa Louisy powinna zająć się ogólnie projektowaniem, może stylizacjami, a wyrób włóczki zostawić tym, którzy się na tym znają? Bo wzorom z "Oriele" nie przepuszczę tak łatwo. Za bardzo folgują różnym moim tęsknotom.


I listki! Ja wiem, listki w dzianinie są mocno już przeżartym motywem, ale nie mam zamiaru ciszyć się nimi mniej z tego powodu.




Poza wszystkim, muszę się pochwalić swoim bohaterstwem- te zdjęcia są robione w lipcu. Wszyscy chyba pamiętamy, jakich wspaniałych wrażeń temperaturowych dostarczył nam lipiec. Taka byłam dzielna! Żeby mi jeszcze publikowanie tego tak szło...

10:42

Ja i żółty?!? Nie może być!

Ja i żółty?!? Nie może być!
Wiekopomna chwila. Mój pierwszy sweterek bez żadnego wzoru gotowego, tylko z garści rzuconych ot tak uwag. Dumna z siebie jestem niemożebnie.
A było tak- wpadła mi w ręce resztka brązowej włóczki, mała taka, motek jeden. Ładny i wołający o przerobienie. Pobiegłam więc do dziewiarkowej ekipy po rady. Zrób sobie w paski, padło. Ale w jakim kolorze te paski? One mi na to pokazują miodowy motek, jak to pięknie z moim brązem wygląda. No dobra, myślę, ale kto w takim żółtym będzie chodził? Bo przecież nie ja! Że ja i jasne barwy? Niedoczekanie.
Z drugiej strony, podpowiadał rozsądek, widziałam przecież tę ekipę w akcji, przy dobieraniu paniom kolorów do urody. Wniosek z obserwacji jest jasny- jak one mówią, że ten, a nie inny, to należy grzecznie potaknąć. Głupio jest nie posłuchać. Uznałam więc, że w razie czego znajdę kogoś do obdarowania i dwa miodowe motki Heritage Sock'a Cascade Yarns pojechały ze mną do domu. 
Jeszcze do domu nie dotarliśmy, a  już mi się urodziła koncepcja okrągłego karczka i zapięcia na pętelki. Po pierwszych dwóch paskach wymyśliły się coraz szersze paski. Rękawy to też trochę sprawka dziewiarkowej ekipy- "a nie podobałyby Ci się takie bufiaste? Zmniejsz o połowę liczbę oczek to będą się ładnie układać.". No to dobra, już karczek jest "na czuja", to co mi zaszkodzą rękawy? 
W międzyczasie działa mi się w głowie mała rewolucja kolorystyczna. Coraz mniej heretycko brzmiała myśl, że ten miodowy kolorek pasuje do tego, co mam w szafie. Pod koniec nawet polubiłam! Jeszcze jak mi znajoma porobiła zdjęcia i okazało się, że dziewczyny, jak zwykle w tej kwestii, miały rację- ten kolorek mi do paszczy i ciuchów pasuje, ostatecznie uznałam się za zwyciężoną. Będę nosić żółte, na to wychodzi!






10:28

Evergreen

Evergreen
Są w (coraz bardziej swojskim) światku dziewiarskim pewne wzory, których po prostu nie wypada nie znać. Tak samo motywy. Jako, że bycie "pierwiosnkiem na douczaniu" nie za bardzo mi przeszkadza, powolutku sobie przerabiam te evergreeny. Takim czymś jest chusta Holden. Mamy tu do czynienia z nawet podwójną "standardowością". Z jednej strony, mam wrażenie, że wszyscy dookoła już kiedyś ten wzór mieli na drutach. I bywa spektakularny. Motyw na ażurowe wykończenie jest również pewnym standardem- starsze dziewiarki miewają dla niego różne nazwy (wachlarzyki, paprotki, w ten deseń), ogólnie, jest to coś co się stosowało i stosuje. To i ja musiałam sobie to "przerobić". Jak wszyscy, to wszyscy.
Tadam, tadam, oto i moja realizacja Holdena. Z 2,5 motka Lace Silky (bawełna z jedwabiem), więc wyglądająca nieco skromnie, ale nie z byle czego. Troszkę wyszła tradycyjna w stylu- sądzę, że gdyby ją zarzucić na ramiona i obfotografować w zestawie z moim warkoczem, wyglądałabym jak któraś z córek Tevye ze "Skrzypka na dachu". Nawet mi się podoba to skojarzenie. Nostalgiczny intertekstualizm- chusta "Anatevka style" ;) No, może tam chusty były trochę bardziej bure, a tu mamy do czynienia z kolorem bardzo smakowicie czekoladowym. 




Jedną z przyczyn, dla których fotografowałam chustę w takiej scenerii, jest pożądany fragment posta z cyklu "to nie ja, ale patrzcie, jaka dobra robota". Spinka, której użyłam, jest produktem mojej ulubionej artystki pracującej ze skórą, kobiety (niestety, nigdy nie zapytałam o nazwisko, zawsze to była dla mnie "Pani Rycerka"), która sprzedaje swoje wyroby na rynku w Poznaniu. Mam parę jej prac, noszę z ogromną przyjemnością. Trochę mam słabość właśnie do takiej grubaśnej twardej skóry. Ta spinka jest pierwotnie ozdobą do włosów, w takim celu też najczęściej ją noszę, ale z chustą również prezentuje się ciekawie.


14:47

Eee...no, zielone. Ty lubisz zielone!

Eee...no, zielone. Ty lubisz zielone!
Chwila szczerości nadeszła- oto i odpowiedź, czemu ostatnio większość rzeczy, które robię, to dzianiny. Ok, robię, ale niekoniecznie tu pokazuję. Kajałam się już niejednokrotnie, teraz, uwaga- walczę o przełamanie blokady. 

Otóż od pół roku jestem pracownikiem włóczkowej mekki. Dosłownie. Mekki. Kiedy zaczynałam pracę moja wiedza o robieniu na drutach była niewielka, podparta jakimiś tam doświadczeniami, ale skromnymi. W szydełku i innych koronkach, czy zabawach włókno tematycznych byłam mocna. Nagle trafiłam w środowisko osób ubranych w nieziemskie dzianiny, zrobione z nie byle czego, na dodatek jeszcze wszyscy dookoła bez zahamowań dzielili się wiedzą, jak to robić. W tej sytuacji każda zdrowa kobieta stwierdziłaby to co ja- ja też chcę takie ciuchy! Na dodatek codzienne obcowanie z cudownie pięknymi włóknami okazywało się za ciężkie dla mojej siły woli. One aż chciały iść ze mną do domu!  Z czasem wyrobiłam w sobie spokój- kiedy przyjdę jutro, one też tu będą. A jak nie będą, to wrócą z kolejną dostawą. Rewolucja w światku moich technik jednak nastąpiła, bo takie tłumaczenie działa tylko wtedy, kiedy, co jakiś czas, któreś z tych cudów jednak pójdą ze mną do domu. Jako pierwsze przyłączyło się do mnie Cascade 220 Heathers. 5 motków, bo parę dni wcześniej oglądałyśmy zrobiony do połowy sweterek z tej włóczki i moja siła woli poległa na skutek kontaktu z zestawem- ta włóczka, przepiękna nie tylko na półce, ale i w robótce, plus przefajny wzór na prosty sweterek z kapturem (Corona, dostępny za darmo na Ravelry). Musiałam. Tygrysy po prostu uwielbiają cieplutką czystą wełnę z Peru, jeszcze na dodatek w kolorze wspaniałej zieleni leśnego mchu. Dodatkowo, wzór zawierał parę "knyfów" z którymi nie zetknęłam się dotychczas- robienie bezszwowo, wrabianie rękawów w trakcie pracy, fajny relief na plisie, z niby znajomego warkocza, ale inaczej.
Przynoszę więc do domu 5 przewiniętych motków tego cuda, z planem, że będzie sweterek. Pokazuję Osobistemu Mężczyźnie swoją zdobycz. A on, biedak, nie za bardzo ogarniając (wtedy jeszcze) rewolucję, która toczyła się w mojej głowie, patrzy na mnie, stojącą z motkiem włóczki i piejącą jakie to cudo... na licu Mężczyzny odmalował się wtedy ogromny wysiłek umysłowy- zagwozdka, co to za cudowny diabeł, była naprawdę ciężka. Po chwili widzę, że go olśniło. Odzywa się więc wtedy w te słowa: Noooo, ładne, zielone, Ty bardzo lubisz zielone! I wtedy uświadomiłam sobie, że całe moje kontemplowanie zagadnień typu ekologicznie farbowane, szlachetne włókno itp w jakiś sposób biedakowi umknęło... Reedukacja odbyła się już w trakcie przerabiania. Teraz wie, że jak się cieszę do motka, to niekoniecznie tylko ze względu na kolor...cóż, nie od razu Rzym zbudowano. 
Sweterek zrobiony z 4,5 motka Cascade 220 miał wiosną pracowity czas, póki pogoda pozwalała radośnie nosiłam go ile się dało, nie kryję, z dumą, więc ciężko nazwać go teraz nowym. Ciągle jednak, mimo, że nie oszczędzany przez tych parę miesięcy, prezentuje się na tyle dobrze, żeby go pokazać.
Zdjęcia z przedwczoraj, w wyniku czego nosić wełnę mogła tylko moja "pani pomocnica", której wysokie temperatury nie ruszają tak bardzo jak mnie.






Dodatkowym plusem przedsięwzięcia jest fakt, że mam jeszcze tej zielonej wspaniałości na czapkę, do zrobienia jak się sezon czapkowy zacznie! 

15:59

Temat Tajlandia

Temat Tajlandia
Bardzo stara rzecz, której zdjęcia zalegały u mnie już od strasznie dawna. Jakoś ostatnio ciężko mi się zmusić do fotografowania "udziergu", więc nie ma nic nowego na fotkach. Tak, to ostatnio staje się refrenem w postach. Tak wyszło.
Ta prościuteńka bransoletka powstała jako prototyp podczas przygotowań do warsztatów towarzyszących spotkaniu z podróżnikiem. Ogólny temat "Tajlandia", czas trwania warsztatów- 1 godzina. Trochę mało, żeby cokolwiek bardziej skomplikowanego zrobić z osobami, które chęci będą miały na pewno, ale z umiejętnościami...może być nieprzewidywalnie. Co biżuteryjnego robią w Tajlandii? Z materiałów, które dostałam od podróżniczki wynikało, że jest tam w użyciu dużo metalowych elementów które kojarzą mi się z tanią biżuterią ze sklepów indyjskich. Nie, żebym miała coś przeciwko, ale elementy są praktycznie nie zdobywalne, chyba, że nakupię tonę indyjskich biżutów i porozkładam. Potem dam uczestniczkom do składania z powrotem? Nie, nie sądzę. Następne na liście przebojów ozdób lokalnych były kwiaty i koraliki. No to kwieciście ;)



Copyright © 2016 2 prawe ręce i co z nimi dalej , Blogger