14:47

Eee...no, zielone. Ty lubisz zielone!

Eee...no, zielone. Ty lubisz zielone!
Chwila szczerości nadeszła- oto i odpowiedź, czemu ostatnio większość rzeczy, które robię, to dzianiny. Ok, robię, ale niekoniecznie tu pokazuję. Kajałam się już niejednokrotnie, teraz, uwaga- walczę o przełamanie blokady. 

Otóż od pół roku jestem pracownikiem włóczkowej mekki. Dosłownie. Mekki. Kiedy zaczynałam pracę moja wiedza o robieniu na drutach była niewielka, podparta jakimiś tam doświadczeniami, ale skromnymi. W szydełku i innych koronkach, czy zabawach włókno tematycznych byłam mocna. Nagle trafiłam w środowisko osób ubranych w nieziemskie dzianiny, zrobione z nie byle czego, na dodatek jeszcze wszyscy dookoła bez zahamowań dzielili się wiedzą, jak to robić. W tej sytuacji każda zdrowa kobieta stwierdziłaby to co ja- ja też chcę takie ciuchy! Na dodatek codzienne obcowanie z cudownie pięknymi włóknami okazywało się za ciężkie dla mojej siły woli. One aż chciały iść ze mną do domu!  Z czasem wyrobiłam w sobie spokój- kiedy przyjdę jutro, one też tu będą. A jak nie będą, to wrócą z kolejną dostawą. Rewolucja w światku moich technik jednak nastąpiła, bo takie tłumaczenie działa tylko wtedy, kiedy, co jakiś czas, któreś z tych cudów jednak pójdą ze mną do domu. Jako pierwsze przyłączyło się do mnie Cascade 220 Heathers. 5 motków, bo parę dni wcześniej oglądałyśmy zrobiony do połowy sweterek z tej włóczki i moja siła woli poległa na skutek kontaktu z zestawem- ta włóczka, przepiękna nie tylko na półce, ale i w robótce, plus przefajny wzór na prosty sweterek z kapturem (Corona, dostępny za darmo na Ravelry). Musiałam. Tygrysy po prostu uwielbiają cieplutką czystą wełnę z Peru, jeszcze na dodatek w kolorze wspaniałej zieleni leśnego mchu. Dodatkowo, wzór zawierał parę "knyfów" z którymi nie zetknęłam się dotychczas- robienie bezszwowo, wrabianie rękawów w trakcie pracy, fajny relief na plisie, z niby znajomego warkocza, ale inaczej.
Przynoszę więc do domu 5 przewiniętych motków tego cuda, z planem, że będzie sweterek. Pokazuję Osobistemu Mężczyźnie swoją zdobycz. A on, biedak, nie za bardzo ogarniając (wtedy jeszcze) rewolucję, która toczyła się w mojej głowie, patrzy na mnie, stojącą z motkiem włóczki i piejącą jakie to cudo... na licu Mężczyzny odmalował się wtedy ogromny wysiłek umysłowy- zagwozdka, co to za cudowny diabeł, była naprawdę ciężka. Po chwili widzę, że go olśniło. Odzywa się więc wtedy w te słowa: Noooo, ładne, zielone, Ty bardzo lubisz zielone! I wtedy uświadomiłam sobie, że całe moje kontemplowanie zagadnień typu ekologicznie farbowane, szlachetne włókno itp w jakiś sposób biedakowi umknęło... Reedukacja odbyła się już w trakcie przerabiania. Teraz wie, że jak się cieszę do motka, to niekoniecznie tylko ze względu na kolor...cóż, nie od razu Rzym zbudowano. 
Sweterek zrobiony z 4,5 motka Cascade 220 miał wiosną pracowity czas, póki pogoda pozwalała radośnie nosiłam go ile się dało, nie kryję, z dumą, więc ciężko nazwać go teraz nowym. Ciągle jednak, mimo, że nie oszczędzany przez tych parę miesięcy, prezentuje się na tyle dobrze, żeby go pokazać.
Zdjęcia z przedwczoraj, w wyniku czego nosić wełnę mogła tylko moja "pani pomocnica", której wysokie temperatury nie ruszają tak bardzo jak mnie.






Dodatkowym plusem przedsięwzięcia jest fakt, że mam jeszcze tej zielonej wspaniałości na czapkę, do zrobienia jak się sezon czapkowy zacznie! 

15:59

Temat Tajlandia

Temat Tajlandia
Bardzo stara rzecz, której zdjęcia zalegały u mnie już od strasznie dawna. Jakoś ostatnio ciężko mi się zmusić do fotografowania "udziergu", więc nie ma nic nowego na fotkach. Tak, to ostatnio staje się refrenem w postach. Tak wyszło.
Ta prościuteńka bransoletka powstała jako prototyp podczas przygotowań do warsztatów towarzyszących spotkaniu z podróżnikiem. Ogólny temat "Tajlandia", czas trwania warsztatów- 1 godzina. Trochę mało, żeby cokolwiek bardziej skomplikowanego zrobić z osobami, które chęci będą miały na pewno, ale z umiejętnościami...może być nieprzewidywalnie. Co biżuteryjnego robią w Tajlandii? Z materiałów, które dostałam od podróżniczki wynikało, że jest tam w użyciu dużo metalowych elementów które kojarzą mi się z tanią biżuterią ze sklepów indyjskich. Nie, żebym miała coś przeciwko, ale elementy są praktycznie nie zdobywalne, chyba, że nakupię tonę indyjskich biżutów i porozkładam. Potem dam uczestniczkom do składania z powrotem? Nie, nie sądzę. Następne na liście przebojów ozdób lokalnych były kwiaty i koraliki. No to kwieciście ;)



10:40

Co w rodzinie, to nie zginie!

Co w rodzinie, to nie zginie!
Taki tekst był w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa dyżurnym powiedzonkiem, kiedy trzeba było rozładować napięcie przy drobnych kompromitacjach. Podczas spotkań z licznymi bardzo kuzynkami, gdy komuś krem z ciasta spadł na wyjściową sukienkę, albo skarpety na skutek szaleństw dywanowych zsunęły się tworząc lustrzane odbicie elfich ciżemek- długie czuby zakrzywione w dół, padał nieśmiertelny tekst "Uh, tym razem nie ja, buehehe, co w rodzinie to nie zginie". Jakoś tak w wieku wczesnoszkolnym bardzo nas to bawiło.
Ale, po co ja to piszę? W zeszły weekend siedziałam sobie na spotkaniu dziewiarek, razem z licznym gronem zachwyconych popatrywałam na najmłodszą koleżankę, na moje oko gdzieś właśnie na początku podstawówki, która siedziała z mamą (stałą częścią ekipy spotkaniowej) i sobie powolutku dziergała chustę. Wiadomo, spokojnie i rzeczowo instruowana przez mamę, chusta to przecież temat dużo ambitniejszy, niż byle szalik. Przez salę przetaczał się zbiorowy cichy zachwyt, bo przecież nie popsujemy chwili zachwytem głośno wyrażanym ;) Gdy ekipa trochę ochłonęła, rozpoczęła się debata o tym, jak trudno jest młodocianych potomków namówić na robótki. Jako kompletnie nie potomkowa i nie wyrażająca chęci, siedziałam cicho, nie mnie się mądrzyć.
Siedziałam, słuchałam, a w głowie kołacze mi się myśl - no dobra, ja byłam potomkiem z "rączkowym ADHD", więc kwestia namawiania odpadła. Ale nawet gdyby nie odpadła, to poziom porozumienia, który można osiągnąć poprzez wspólne dłubanie, każda swojego projektu, jest absolutnie bezcenny. Wiadomo, zmuszanie miłości do robótek nie wygeneruje, ale jako robótkowe dziecko robótkowej matki mówię, pojęcia nie macie, jak wiele warte są efekty tej cierpliwości i godzin poświęconych na spokojne tłumaczenie. I słowo harcerza, że wspólne debatowanie nad kolejnym projektem jest dużo przyjemniejszą formą "uprawiania telefonicznego życia rodzinnego", niż byle "a jak w pracy?", czy "a jak studia?" itd.
Tymi słowami wstępu okrasiwszy tę nowinę, informuję o powstaniu robótkowego bloga robótkowej matki! Jako, że cała strona techniczna bloga jest robiona podczas krótkich wizyt "dziecka technicznie ogarniętego" (brat) i "dziecka robótkowego" (ja), albo nawet, co gorsza, przez telefon, bardzo proszę o gorliwe stosowanie tekstu z pierwszego akapitu. To zapewne są moje błędy ;)
(tu powinna być fanfara, ale nie trawię grających stron)
A pod portretem superwoman jest link do mamowego bloga:


Żeby nie być gołosłowną, oto i prototyp kolekcji biżuterii mocno dyskutowanej "rodzinnie" ostatnimi czasy. Takie tam wykorzystanie zasobów piwnic i skupów złomu ;)




12:57

Wiklina plenerowa

Wiklina plenerowa
Długa mi nieobecność na blogu wyszła...cóż, kogo zawiodłam, tego przepraszam.
Z racji braku zdjęć do publikacji zacznę wielki powrót do pisania od relacji z kolejnego szkolenia w nowej technice. Wyrabia nam się stopniowo taki zwyczaj, że co roku decydujemy się zamienić pozycjami i pozwolić, bo ktoś nas pouczył nowej techniki. Tym razem padło na wiklinę plenerową. Zaraz na początku tej poszkoleniowej refleksji powinnam chyba zaznaczyć, że wiklina w takiej formie, jaką poznałam na UL, nie porwała mnie jakoś bardzo. Może nie miałam do niej aż tak mało serca, jak do takiego tkactwa, ale szału nie było. Koleżanka miała potrzebę douczyć się tej techniki, ja miałam potrzebę przekonać się czym jest Akademia Łucznica, kurs "Wiklina- II stopień i formy ogrodowe" wypadł jakoś tak po środku naszych potrzeb.


No, dobrze, zaspokoiłam swoją potrzebę pochwalenia się efektem zbiorowych zmagań, mogę spokojnie opowiadać dalej ;)
Dlaczego chciałam przekonać się, czym jest Łucznica? Przedstawiając się na początku każdego szkolenia mówię o tym, że szkolenie instruktorskie odbyłam na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej. Wtedy, jako, że jest to instytucja dość rozpoznawalna w środowisku, padają pytania, czy polecam. Tak, polecam, jeśli chcieć przekrojowej wiedzy o rzemiośle artystycznym oraz mieć szansę przetrwać dwuletnią dezorganizację życia- spędzanie tygodnia w miesiącu upiornie daleko od wszystkiego. Doświadczyłam, było wspaniale, ale to nie jest to, czego chce osoba zaciekawiona jedną techniką. 
Opcja, którą oferuje Akademia Łucznica- 5 dniowe intensywne kursy wybranej techniki, jest dużo wygodniejsza. Cóż z tego, kiedy pozostając zawsze uczciwa wobec moich uczennic, mogłam tylko powiedzieć "Łucznica ma dobrą opinię". Teraz, doświadczywszy, mówię jasno- Łucznica ma bardzo zasłużoną dobrą opinię. 5 dni wikliniarstwa, spędzone w niezłej, dobrze zaopatrzonej pracowni, z sympatycznym i bardzo kompetentnym instruktorem, bawiąc się i poznając właściwości kilku rodzajów wierzby. Mieszkając w dobrych warunkach, w uroczej wsi, karmiona wyjątkowo smacznie i nader obficie. 

Wstęp mi się rozciągnął, może ad rem...

Jak się zbiorę w sobie, opowiem o części "II stopień", "formy ogrodowe" tak mnie zafascynowały, że chwilowo reszta jest na bardzo dalekim planie.
Założenie formy, którą wyplataliśmy, było takie, żeby w parku na wprost bramy obiektu każdy z uczestników wyplótł grzyb. Materiałem miała być niedawno ścięta wiklina "amerykanka" (ta najpopularniejsza na rodzimych plantacjach). Jako, że mieliśmy wyplatać ile kto sięgnie, a mnie wzrostu nie brak, dostałam miejsce na dalszym planie. 
Wyplot grzyba zaczęliśmy wbijaniem "postaw". Wtedy też okazało się, że nie zawsze się da- mój grzyb musiał zostać przesunięty w bok o kilkadziesiąt centymetrów, bo trafiłam na resztki jakieś podmurówki pod cienką warstwą ziemi. Cóż, kompozycja nie ucierpiała, ja też:


Powbijawszy sobie taki kolisty płotek zaczęliśmy wyplatanie. Tutaj nie różni się to zbyt od zwykłego kosza plus size, lecimy sobie na zmianę pasy wzmacniające i tzw. warstwy, tylko zabawa jest nieco bardziej siłowa, wyplatamy w kilka bardzo długich, więc i miejscami grubych, prętów. No i wolność kształtu jest przyjemna- formy organiczne, znaczy można gwizdać na symetrię i pleść sobie jak człowiekowi w duszy zagra.




I podczas takiej zabawy znów przekonałam się, że człowiek nie zawsze wychodzi dobrze na tym, że mu sama praca przyjemność sprawia i wcale się tak nie spieszy, żeby skończyć...parę zdjęć pokazuje dokładnie, w jakiej pozycji przyszło mi wyplatać kapelusz. Puki to robiłam, bawiłam się świetnie. Teraz, kiedy pełną mobilność karku i ramion odzyskałam po 5 dniach od zakończenia pracy, wiem też, jaka jest cena ;) Jak na mnie, niska- naprawdę ogromną satysfakcję dało mi współtworzenie tego projektu. 
No, i okazało się, że o ile koszyki mnie nie bawią zupełnie, to wyplatać "plenerowo" uwielbiam.









Z danych o wytrzymałości takich "tworów". Grzyby powstały z wikliny świeżej, ale nie sadziliśmy jej. "Martwa" rzeźba na powietrzu powinna stać ok 3-4 lata. Jako, że zaraz następnego dnia po wypleceniu zostały dokładnie podlane całodniowym deszczem, te akurat mają szansę się ukorzenić. Na pewno im to pomoże w razie jakiejś wichury. Jak to wpłynie na ich odporność, to już zależy od tego, jaka część konstrukcji wypuści korzenie. 

20:01

Zwiecha robótkowa (a raczej publikacyjna)

Zwiecha robótkowa (a raczej publikacyjna)
I nastąpiło łubudum. Poprzestawiało mi się w życiu, przeorganizowało, nowe rzeczy się powykluwały... bez stresu, same pozytywy. Tylko pozytywy z grupy tych absorbujących umysł na trwale. Wygląda na to, że trochę się w najbliższym czasie przekwalifikuję, trochę więcej będzie dziewiarskich robótek. I rozwoju w tym względzie. 
Jakbym przeczuwała to łubudum, ist do św. Mikołaja napisałam swego czasu o włóczkę na sukienkę. Po czym otrzymawszy ją, wymyśliłam, że jednak spódnica, na dodatek z dużym elementem mojego freestyle'u robótkowego. No i oczywiście się okazało, że przeceniłam się troszkę. Nie umiem jeszcze zaprojektować fajnej spódnicy na drutach. Taki był wniosek, jak zobaczyłam się w niej na fotkach. Oto fotka:



Całe szczęście, przyodziawszy się w ten niedoskonały twór, który, mimo, że niby we właściwym rozmiarze, bardzo chciał mi z zadka zlecieć, poszłam na spotkanie dziewiarek- tam ekipa szybko i sprawnie problem przeanalizowała, podumała, naradziła się i opowiedziała, jak z niefortunnej spódnicy zrobić sukienkę. Praca wre. Rezultaty za niedługo.

13:15

Niebieskie

Niebieskie
Tym razem niebieskie podkładeczki, zestaw 4 sztuk.




17:54

Do domu

Do domu
Trochę mnie wzdryga na myśl, że miałabym znów robić biżuterię. Nie publikowałam tego tutaj, ale przed świętami naprodukowałam się ozdóbek po dziurki w nosie. Żeby coś pozmieniać, znów przywdziałam płaszcz krzyżowca i ogłosiłam krucjatę przeciwko resztkom bawełnianych wełenek i kordonków, stertami zalegającym moje koczowisko craftowe. Ale co można zrobić z resztek po 8 dag? Podkładki stołowe, psze Państwa. Małe pod kubki i większą pod imbryk czy pod talerz z ciachami. 


Copyright © 2016 2 prawe ręce i co z nimi dalej , Blogger