10:40

Co w rodzinie, to nie zginie!

Co w rodzinie, to nie zginie!
Taki tekst był w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa dyżurnym powiedzonkiem, kiedy trzeba było rozładować napięcie przy drobnych kompromitacjach. Podczas spotkań z licznymi bardzo kuzynkami, gdy komuś krem z ciasta spadł na wyjściową sukienkę, albo skarpety na skutek szaleństw dywanowych zsunęły się tworząc lustrzane odbicie elfich ciżemek- długie czuby zakrzywione w dół, padał nieśmiertelny tekst "Uh, tym razem nie ja, buehehe, co w rodzinie to nie zginie". Jakoś tak w wieku wczesnoszkolnym bardzo nas to bawiło.
Ale, po co ja to piszę? W zeszły weekend siedziałam sobie na spotkaniu dziewiarek, razem z licznym gronem zachwyconych popatrywałam na najmłodszą koleżankę, na moje oko gdzieś właśnie na początku podstawówki, która siedziała z mamą (stałą częścią ekipy spotkaniowej) i sobie powolutku dziergała chustę. Wiadomo, spokojnie i rzeczowo instruowana przez mamę, chusta to przecież temat dużo ambitniejszy, niż byle szalik. Przez salę przetaczał się zbiorowy cichy zachwyt, bo przecież nie popsujemy chwili zachwytem głośno wyrażanym ;) Gdy ekipa trochę ochłonęła, rozpoczęła się debata o tym, jak trudno jest młodocianych potomków namówić na robótki. Jako kompletnie nie potomkowa i nie wyrażająca chęci, siedziałam cicho, nie mnie się mądrzyć.
Siedziałam, słuchałam, a w głowie kołacze mi się myśl - no dobra, ja byłam potomkiem z "rączkowym ADHD", więc kwestia namawiania odpadła. Ale nawet gdyby nie odpadła, to poziom porozumienia, który można osiągnąć poprzez wspólne dłubanie, każda swojego projektu, jest absolutnie bezcenny. Wiadomo, zmuszanie miłości do robótek nie wygeneruje, ale jako robótkowe dziecko robótkowej matki mówię, pojęcia nie macie, jak wiele warte są efekty tej cierpliwości i godzin poświęconych na spokojne tłumaczenie. I słowo harcerza, że wspólne debatowanie nad kolejnym projektem jest dużo przyjemniejszą formą "uprawiania telefonicznego życia rodzinnego", niż byle "a jak w pracy?", czy "a jak studia?" itd.
Tymi słowami wstępu okrasiwszy tę nowinę, informuję o powstaniu robótkowego bloga robótkowej matki! Jako, że cała strona techniczna bloga jest robiona podczas krótkich wizyt "dziecka technicznie ogarniętego" (brat) i "dziecka robótkowego" (ja), albo nawet, co gorsza, przez telefon, bardzo proszę o gorliwe stosowanie tekstu z pierwszego akapitu. To zapewne są moje błędy ;)
(tu powinna być fanfara, ale nie trawię grających stron)
A pod portretem superwoman jest link do mamowego bloga:


Żeby nie być gołosłowną, oto i prototyp kolekcji biżuterii mocno dyskutowanej "rodzinnie" ostatnimi czasy. Takie tam wykorzystanie zasobów piwnic i skupów złomu ;)




12:57

Wiklina plenerowa

Wiklina plenerowa
Długa mi nieobecność na blogu wyszła...cóż, kogo zawiodłam, tego przepraszam.
Z racji braku zdjęć do publikacji zacznę wielki powrót do pisania od relacji z kolejnego szkolenia w nowej technice. Wyrabia nam się stopniowo taki zwyczaj, że co roku decydujemy się zamienić pozycjami i pozwolić, bo ktoś nas pouczył nowej techniki. Tym razem padło na wiklinę plenerową. Zaraz na początku tej poszkoleniowej refleksji powinnam chyba zaznaczyć, że wiklina w takiej formie, jaką poznałam na UL, nie porwała mnie jakoś bardzo. Może nie miałam do niej aż tak mało serca, jak do takiego tkactwa, ale szału nie było. Koleżanka miała potrzebę douczyć się tej techniki, ja miałam potrzebę przekonać się czym jest Akademia Łucznica, kurs "Wiklina- II stopień i formy ogrodowe" wypadł jakoś tak po środku naszych potrzeb.


No, dobrze, zaspokoiłam swoją potrzebę pochwalenia się efektem zbiorowych zmagań, mogę spokojnie opowiadać dalej ;)
Dlaczego chciałam przekonać się, czym jest Łucznica? Przedstawiając się na początku każdego szkolenia mówię o tym, że szkolenie instruktorskie odbyłam na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej. Wtedy, jako, że jest to instytucja dość rozpoznawalna w środowisku, padają pytania, czy polecam. Tak, polecam, jeśli chcieć przekrojowej wiedzy o rzemiośle artystycznym oraz mieć szansę przetrwać dwuletnią dezorganizację życia- spędzanie tygodnia w miesiącu upiornie daleko od wszystkiego. Doświadczyłam, było wspaniale, ale to nie jest to, czego chce osoba zaciekawiona jedną techniką. 
Opcja, którą oferuje Akademia Łucznica- 5 dniowe intensywne kursy wybranej techniki, jest dużo wygodniejsza. Cóż z tego, kiedy pozostając zawsze uczciwa wobec moich uczennic, mogłam tylko powiedzieć "Łucznica ma dobrą opinię". Teraz, doświadczywszy, mówię jasno- Łucznica ma bardzo zasłużoną dobrą opinię. 5 dni wikliniarstwa, spędzone w niezłej, dobrze zaopatrzonej pracowni, z sympatycznym i bardzo kompetentnym instruktorem, bawiąc się i poznając właściwości kilku rodzajów wierzby. Mieszkając w dobrych warunkach, w uroczej wsi, karmiona wyjątkowo smacznie i nader obficie. 

Wstęp mi się rozciągnął, może ad rem...

Jak się zbiorę w sobie, opowiem o części "II stopień", "formy ogrodowe" tak mnie zafascynowały, że chwilowo reszta jest na bardzo dalekim planie.
Założenie formy, którą wyplataliśmy, było takie, żeby w parku na wprost bramy obiektu każdy z uczestników wyplótł grzyb. Materiałem miała być niedawno ścięta wiklina "amerykanka" (ta najpopularniejsza na rodzimych plantacjach). Jako, że mieliśmy wyplatać ile kto sięgnie, a mnie wzrostu nie brak, dostałam miejsce na dalszym planie. 
Wyplot grzyba zaczęliśmy wbijaniem "postaw". Wtedy też okazało się, że nie zawsze się da- mój grzyb musiał zostać przesunięty w bok o kilkadziesiąt centymetrów, bo trafiłam na resztki jakieś podmurówki pod cienką warstwą ziemi. Cóż, kompozycja nie ucierpiała, ja też:


Powbijawszy sobie taki kolisty płotek zaczęliśmy wyplatanie. Tutaj nie różni się to zbyt od zwykłego kosza plus size, lecimy sobie na zmianę pasy wzmacniające i tzw. warstwy, tylko zabawa jest nieco bardziej siłowa, wyplatamy w kilka bardzo długich, więc i miejscami grubych, prętów. No i wolność kształtu jest przyjemna- formy organiczne, znaczy można gwizdać na symetrię i pleść sobie jak człowiekowi w duszy zagra.




I podczas takiej zabawy znów przekonałam się, że człowiek nie zawsze wychodzi dobrze na tym, że mu sama praca przyjemność sprawia i wcale się tak nie spieszy, żeby skończyć...parę zdjęć pokazuje dokładnie, w jakiej pozycji przyszło mi wyplatać kapelusz. Puki to robiłam, bawiłam się świetnie. Teraz, kiedy pełną mobilność karku i ramion odzyskałam po 5 dniach od zakończenia pracy, wiem też, jaka jest cena ;) Jak na mnie, niska- naprawdę ogromną satysfakcję dało mi współtworzenie tego projektu. 
No, i okazało się, że o ile koszyki mnie nie bawią zupełnie, to wyplatać "plenerowo" uwielbiam.









Z danych o wytrzymałości takich "tworów". Grzyby powstały z wikliny świeżej, ale nie sadziliśmy jej. "Martwa" rzeźba na powietrzu powinna stać ok 3-4 lata. Jako, że zaraz następnego dnia po wypleceniu zostały dokładnie podlane całodniowym deszczem, te akurat mają szansę się ukorzenić. Na pewno im to pomoże w razie jakiejś wichury. Jak to wpłynie na ich odporność, to już zależy od tego, jaka część konstrukcji wypuści korzenie. 

20:01

Zwiecha robótkowa (a raczej publikacyjna)

Zwiecha robótkowa (a raczej publikacyjna)
I nastąpiło łubudum. Poprzestawiało mi się w życiu, przeorganizowało, nowe rzeczy się powykluwały... bez stresu, same pozytywy. Tylko pozytywy z grupy tych absorbujących umysł na trwale. Wygląda na to, że trochę się w najbliższym czasie przekwalifikuję, trochę więcej będzie dziewiarskich robótek. I rozwoju w tym względzie. 
Jakbym przeczuwała to łubudum, ist do św. Mikołaja napisałam swego czasu o włóczkę na sukienkę. Po czym otrzymawszy ją, wymyśliłam, że jednak spódnica, na dodatek z dużym elementem mojego freestyle'u robótkowego. No i oczywiście się okazało, że przeceniłam się troszkę. Nie umiem jeszcze zaprojektować fajnej spódnicy na drutach. Taki był wniosek, jak zobaczyłam się w niej na fotkach. Oto fotka:



Całe szczęście, przyodziawszy się w ten niedoskonały twór, który, mimo, że niby we właściwym rozmiarze, bardzo chciał mi z zadka zlecieć, poszłam na spotkanie dziewiarek- tam ekipa szybko i sprawnie problem przeanalizowała, podumała, naradziła się i opowiedziała, jak z niefortunnej spódnicy zrobić sukienkę. Praca wre. Rezultaty za niedługo.

13:15

Niebieskie

Niebieskie
Tym razem niebieskie podkładeczki, zestaw 4 sztuk.




17:54

Do domu

Do domu
Trochę mnie wzdryga na myśl, że miałabym znów robić biżuterię. Nie publikowałam tego tutaj, ale przed świętami naprodukowałam się ozdóbek po dziurki w nosie. Żeby coś pozmieniać, znów przywdziałam płaszcz krzyżowca i ogłosiłam krucjatę przeciwko resztkom bawełnianych wełenek i kordonków, stertami zalegającym moje koczowisko craftowe. Ale co można zrobić z resztek po 8 dag? Podkładki stołowe, psze Państwa. Małe pod kubki i większą pod imbryk czy pod talerz z ciachami. 


11:40

Praktycznie, starannie i w ogóle staram się ogarnąć

Praktycznie, starannie i w ogóle staram się ogarnąć
Ha, pierwszy ciekawszy projekt skończony w tym roku! Adekwatnie do okoliczności, jest to kalendarz. Pomysł, przyznaję się, zerżnęłam od Agaty, ale troszkę zmodyfikowałam. 
Dlaczego taki? Bo: primo, nie jestem w stanie wybrać odpowiedniego gotowego, albo są za wielkie i w efekcie leżą w domu, albo za małe i szybko stają się oprawką na papióry powkładane między strony. Agaty patent, żeby wydrukować sobie strony z kalendarza i wpiąć je do czegoś na kształt segregatora, żeby zawsze pomiędzy kartki móc wpakować kolejną stronę na notatki jest genialny. Secundo: wełenka!

Tak więc, tadaaaaaam: 


Taaak, cieniowany pasek i cały tył to Himalaya Padisah, z której jeszcze jedną co najmniej ładną rzecz będę prezentować, róż, to róż który kiedyś kupiłam na coś, ale coś się nie wykonało. Guzik z kolekcji "absolutnie niezbędnych rzeczy". Za usztywnienie okładek robią okładki kalendarza Kota Simona z przed paru lat, bardzo nie chciałam go wyrzucać całego.


Powkładanych kartek z kalendarza nie pokażę, bo zapomniałam, że zdjęcia nie porobione i ponotowałam jakieś swoje sekrety, ale w dalszej części kalendarz zamienia się w super wygodny, sztywny notes, o tak:

14:40

Skarb, albo tęsknota za światem wspaniałych narzędzi

Skarb, albo tęsknota za światem wspaniałych narzędzi
Dziś znów się chwalę, ale tym razem nie swoim dziełem, a znaleziskiem. Słabość do pięknych narzędzi jest chyba znana i bliska całemu craftowemu środowisku. Chyba mnie zrozumiecie. 
Bajka zaczyna się za lasami i jedną górą od Wrocławia. Niedzielna wycieczka na giełdę staroci. Krążę sobie, krążę, słoneczko, nie za duży tłum, nabywam sobie różne absolutnie niezbędne artefakty jak kółka zębate czy blaszana cukierniczka, aż na jednym stoisku trafiam na coś ślicznego. Tzn, jeszcze bardziej, niż dotychczasowe nabytki. Malutkie nożyczki, stare i ślicznie zdobione. A ładne małe nożyczki od jakiegoś czasu były na liście drobnych przyjemności czekających na właściwy moment. Co prawda, czekały na ten moment nożyczki Stamperii, no ale ale... 
Spamperiowe wyglądają tak, miałam takie nie raz w dłoni, marzenie. Nie tylko wyglądają, ale i służą.


Pasę więc oczy tymi na stoisku z dolnośląskimi gratami. Zagaduję sprzedawcę, a on zasuwa mi gadkę o genialnych nożyczkach do haftu...a ja widzę, że mi robótka pociągowa z torebki wystaje. "Pan tak ostro tą kartą nie gra" myślę, ale biorę do ręki genialny artefakt. Co konotuję na miejscu, to: primo- dorównują urodzie tym Stamperiowym, a nie będą się z cudzymi myliły, secundo- mają z boku bite Solingen, więc stal niczego sobie, tertio- test szmatki ze złogów torebkowych dowodzi, że są ostre. Ok, dołączają do grona innych niezbędnych rzeczy nabytych tego dnia.
Że są ładne, oto dowód: 


Troszkę neogotyckie, to plus ;)  
Dalsze odkrycia w kwestii nożyczek dokonane zostały już w domu. Primo, zaczęłam się bawić śrubką, próbując dociec, po co ona. Okazuje się, że śrubka ściśle współpracuje z tajemniczą szczeliną, którą dobrze widać po otwarciu nożyczek. 


W końcu mnie oświeca, że bajka o hafcie nie była bajką. Śrubka reguluje długość cięcia, więc jak by się człowiekowi ręka nie omsknęła, więcej niż chciał nie utnie. Szczelina pozwala na przełożenie kawałka materiału, który nie ma być cięty. Można wycinać dziurki bez obaw o pocięcie haftu i bez cyrku z wchodzeniem jakoś dziwacznie, od góry albo od dołu. Zdjęcia ilustrują, o co chodzi. 




Ostatnia fotka pokazuje efekt- dziurę daleko od brzegu. Oczywiście nauczenie się sprawnego korzystania z takiego narzędzia to druga sprawa, ale i tak sądzę, że fanki haftu angielskiego czy Richelieu dałyby się pokroić za ten artefakt. 

Inna sprawa wynikła, kiedy dałam je mojemu osobistemu szperaczowi archiwalnemu do wydatowania. Określił wiek nożyczek na drugą połowę XIX wieku, bo od początku XX w Solingen produkowano narzędzia prostsze albo bardziej secesyjne, ale i nie przed 1850-tym, bo liternictwo punc jest bardzo współczesne. Cholera, może Niemcy mają uzasadnione pretensje bo statusu nadludzi? Nadrzemieślników na pewno. 150 lat i małe, amatorskie ostrza tną bez zarzutu? Po nie wiadomo ilu latach leżenia w pewnie nieciekawych warunkach, nie wiadomo ilu weekendach na stoisku na bruku?  O mój Boże!

No i rodzi mi się taka refleksja. W moim pudełku z zabawkami są kilkudziesięcioletnie nieładne, ale nadal w niezmienionej latami pracy formie szydełka Tulipa, są i nowe, pozornie takie same szydełka tej samej firmy, z których po paru tygodniach schodzi srebrna powłoka w miejscu gdzie trzymam palce, i teraz te nożyczki. No, mam tam też parę ładnych nowych zabawek, ale one też nie lubią intensywnego używania. Ciekawe sąsiedztwo.
Copyright © 2016 2 prawe ręce i co z nimi dalej , Blogger