Uległam sugestii. Wydziergałam sweterek, bo koleżanki z tej włóczki dziergały i chwaliły, to i mi się zachciało. Serio. I nie żałuję ani trochę. Tzn., wszystkie żałujemy, że się obudziłyśmy nieco za późno, bo Greina jest boska. Jest boska, ale jest też "discontinued". Znaczy, producent z niej zrezygnował. Pojęcia nie mam dlaczego. Trochę wełny, trochę wiskozy, trochę lnu i akryl, żeby się to wszystko trzymało razem. Miękkie, ale nie nudne w fakturze, czyli to dokładnie, co tygrysy lubią na chłodne lato.
Wybór wzoru umotywowany był tym, że uświadomiłam sobie, iż wszem i wobec opowiadam o swojej wielkiej miłości do warkoczy. Tylko w moich dzianinach tego nie widać. Otóż, właśnie, widać teraz! Wzór, gdy się go czyta bez drutów w ręku brzmi jak coś kosmicznie trudnego. Bezszwowo, ale ani raglan, ani to "na c", tak trochę inaczej. Jak na zdjęciach widać, sprytnie, bo efekt układa się wspaniale. Dodatkowo, kiedy po prostu wzięłam druty w garść i grzecznie zrobiłam co tam autorka każe, okazał się całkiem prosty. I darmowy, chociaż za taką lekcję konstruowania dzianiny bez marudzenia bym zapłaciła. Autorką jest Norah Gaugan, wzór nazywa się Lempster. Szczerze polecam. Nic z nim nie kombinowałam na poziomie konstrukcji, chyba tylko zignorowałam uwagi dotyczące długości.
Na sweterek poszło 6 motków, druty 4 mm.
No i dodatki humorystyczne - jak się ostatnio utarło, zdjęcia robiła mi Magda, człowiek pierwszy do wygłupów. I zarażający dobrym humorem. I odkrywczy. Tu można prześledzić, co dzieje się, gdy rozrywkowa koleżanka odkryje cudowną funkcję aparatu - zdjęcia seryjne :)
I, oczywiście, jako "kobieta drugiej kobiecie życzliwa" przed robieniem zdjęć zakrzyknie "wciągaj brzuch"!